Siedzę na ławce przy stacji benzynowej między Rzeszowem a lotniskiem w Jasionce. Obok mnie leży stosik jaskrawo-żółtych sakw, a na trawie spoczywa rower z wykręconym tylnym kołem. Dookoła walają się narzędzia, dętki, łyżki do ściągania opon. Nie trzeba długo patrzeć na tę dziwną scenkę, żeby zrozumieć, że coś poszło bardzo mocno nie tak jak powinno. Nie, z pewnością nie tak miały wyglądać pierwsze dwie godziny od rozpoczęcia bałkańskiej wyprawy rowerowej.

Staram się myśleć pozytywnie. Staram się poczuć ten zew przygody która właśnie się rozpoczęła. Staram się również, a może przede wszytkim – nie przeklinać na widok dętki wyskakującej wesoło przez gigantyczną dziurę w oponie przy każdej próbie napompowania jej.
Nie udało się – najpierw klnę na tę cholerną oponę, a zaraz potem – w imię sprawiedliwego podziału win – również na siebie, za to, że wyruszyłem w półtoramiesięczną podróż nie sprawdzając nawet stanu opon które miały mnie wieźć przez trzy tysiące kilometrów. Wyciągam telefon i szukam na liście kontaktów imienia – Krzysiek.

– Słuchaj, sprawa się trochę rypła… – zaczynam. – Jestem pod Jasionką, mam w oponie gigantyczną dziurę, nie mam jak tego ogarnąć, możesz po mnie podjechać?
– Jasne. I tak miałem jeszcze jechać do Rzeszowa, odebrać rower z serwisu. – słyszę odpowiedź i ciśnienie zaczyna mi rosnąć coraz bardziej.
– Czekaj, chcesz mi właśnie powiedzieć, że nie odebrałeś jeszcze roweru z serwisu? Cholera przecież niedługo zamykają sklepy, a jutro rano mieliśmy wyjeżdżać! – drę się do słuchawki.
– Zdążę. Będę za niecałą godzinę.

Rozłączam się. Krążę kilka razy dookoła leżącego na poboczu roweru, by zaraz wylecieć z tej dziwnej orbity i skierować się w stronę stacji benzynowej. Wybieram największą paczkę czipsów jaką znajduje na półkach sklepowych i wracam na ławkę. Zapach smażonych, pokrojonych w plastry ziemniaków zawsze mnie uspokaja.
Myślę o całej sytuacji. W przeciwieństwie do mnie, Krzysiek jest oazą spokoju. Nienawidzę tej cechy u niego. Jego spokój momentami doprowadza mnie do furii, a momentami po prostu przeraża.

Sam nie wiem do końca czemu, ale zawsze to wygląda tak samo – nie ważne ile czasu poświęcamy na przygotowanie wyjazdu i jak dokładnie wszystko zaplanujemy. To co tak ładnie nazwać można dopinaniem ostatniego guzika – u nas przeradza się w totalny chaos. Wszystko o czym zapomnieliśmy i wszystko co miało zająć tylko minutę, więc zostawiliśmy to na ostatnią chwilę przed samym wyjazdem – nawarstwia się zawsze i kopie nas w tyłek obsuwając nasze plany w najlepszym wypadku o parę godzin.

A plan był właściwie prosty – kilka podpunktów, bez skomplikowanych poleceń. Wstać, przeglądnąć jeszcze raz sakwy-  czy aby na pewno wszystko jest na swoim miejscu, dojechać pociągiem do Rzeszowa, a później rowerem, ostatnie czterdzieści kilometrów – do wsi pod Leżajskiem w której mieszka Krzysiek – mój podróżniczy kompan. To tylko kilka spraw. Wstać rano, zapiąć sakwy, dojechać na dworzec…

***

Słyszę budzik. Zwykle przekładałbym go o pięć minut, później następne dziesięć i tak stopniowo dodałbym sobie kolejną godzinę spania. Czasem zastanawiałem się, czy nie lepiej nastawić go na później i spać spokojnie, zamiast przez godzinę stresować się, czy za minutę znowu nie wystrzeli w moim kierunku kolejna seria dźwięków z budzika.
Dzisiaj jednak jest inaczej. Dzisiaj wyłączam budzik i wstaję.

Sakwy były spakowane już kilka dni wcześniej. Rower również był przygotowany do jazdy, przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce jak się później okazało – nie do końca. Tego ranka zostało tylko kilka spraw do załatwienia – zamontować w akwarium automatyczny karmnik dla rybek, podlać kwiatki, powyłączać zawory wody, gazu, przeglądnąć jeszcze raz zawartość sakw i upewnić się, że na wcześniej przygotowanej liście przy każdej pozycji znajduje się “ptaszek”.
Zapinam ostatnią z kolei, sakwę-tubę i mocuję ją na wierzch bagażnika dwoma ekspanderami. W tubie trzymam pół namiotu (drugie pół wiezie Krzysiek), śpiwór i materac. Stosujemy ten patent, odkąd zamókł nam cały namiot, gdy woziliśmy go na bagażniku w oryginalnym, materiałowym pokrowcu.

Wyprowadzam rower na klatkę schodową. Teraz jeszcze chwila walki z samym sobą, niczym Adaś Miauczyński w Dniu Świra: ale czy na pewno zakręciłem wodę? Czy na pewno gaz nie jest włączony? Zamknąłem okna? Wyrzuciłem śmieci? Wracam się tak trzy, cztery razy zanim nie udowodnie sam sobie że wszystko jest wporządku.
Winda zatrzymuje się na moim piętrze. Otwierają się ciężkie, stalowe drzwi za którymi stoi starszy gość – sąsiad z piętra wyżej. Mimo, że jest jeszcze dość wcześnie, widocznie trudy dnia codziennego zmusiły go, żeby umilić sobię poranek przy dobrym, lub przynajmniej tanim trunku.

– Yyyy… W-wchodzi Pan? – słyszę pytanie. Mimo, że jestem zmuszony oglądać tą starą windę codziennie, odruchowo jeszce raz, dla pewności przelatuje wzrokiem po ciasnej, stalowej klatce jeżdżącej sumiennie od wielu lat po tych dziesięciu piętrach w górę i w dół. Jedyną opcją przewiezienia w niej roweru jest postawienie go na tylnym kole, co w przypadku posiadania bagażnika z ciężkimi sakwami jest mocno utrudnione.
– Poczekam, nie zmieścimy się we dwójkę z rowerem. – odpowiadam.
– ZMIEŚŚCIM-Y SJĘ! D-DAMY RAD-DĘ! – pan sąsiad próbuje mnie przekonać, że ja, on, plus rower i sakwy na jednym metrze kwadratowym to dobry pomysł. Staram się mu wypersfadować tą myśl, on jednak upiera się, że na pewno starczy dla nas miejsca. Na szczęście ktoś na dole wciska przycisk wołania windy, bo drzwi się zamykają, a światło jarzeniówek widoczne zza starej, pancernej szyby znika pod podłogą i zostaję znowu sam, na piątym piętrze, czekając na kolejną turę wędrówki starego nowohuckiego dźwigu osobowego.

Na dworzec jedzie się jakieś trzydzieści minut. Założyłem sobie bezpieczny limit czasowy, nawet gdybym miał chwilę poślizgu, powinienem zdążyć na pociąg.
Wsiadam na rower i zerkam ostatni raz na okno mieszkania, które przez następne półtora miesiąca będzie stało puste. Odkładam sentymenty na bok i ruszam w stronę centrum, a ciężar sakw wiszących na bagażniku nie daje mi zapomnieć, że mój dom teraz wiozę ze sobą.

Bilety mam już kupione. Wjeżdżam powolną windą na peron i ulgą stwierdzam, że jest prawie pusty. Ściągam sakwy z bagażnika, żeby łatwiej było mi wnieść rower po stromych schodkach do wagonu i czekam, aż pociąg wjedzie na tor. Założyłem różne czarne scenariusze, bo nie da się nie zakładać czarnych scenariuszy podróżując polskimi kolejami. Szczególnie, kiedy twoja trasa przypada na ostatni dzień Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Po tym przejeździe spodziewałem się dosłownie wszystkiego. Bałem się tłumów, bałem się, czy w ogóle wepcham się do tego pociągu, bałem się też, czy ten pociąg w ogóle przyjedzie. Ostatecznie, gdzieś na końcu bałem się również dwugodzinnej jazdy w towarzystwie grupki wesołych pielgrzymów z Hiszpanii, śpiewających piosenki religijne, których tekstu i tak nie uda mi się rozszyfrować, a wszystkie będą brzmiały dokładnie tak samo.

Peron jednak był pusty, tak samo jak pociąg który nadjechał dziesięć minut później.
Wprowadzam rower do pustego, ośmioosobowego przedziału i rozsiadam się wygodnie. Lokomotywa ruszyła, a stary Kraków powoli zostawał gdzieś w tyle. Poczułem – chociaż chyba nie chciałem się do tego przyznać – coś na kształt lekkiej nostalgii, tak jakby dopiero docierało do mnie, że wyprawa już się rozpoczęła i że wrócę tu dopiero w połowie września. Ta tęsknota, którą automatycznie starałem się w sobie zdusić – może to właśnie ona każe ludziom pakować sakwy, plecaki, bagażniki samochodów? Może to ta tęsknota gna ludzi tysiące kilometrów w odległe kraje, kontynenty? Nie po to podróżujemy? Żeby na moment zatęsknić? Nawet, jeśli często nie ma już za czym?

Patrzę jak krajobraz przesuwa się za oknem i czuję jak słońce ogrzewa mi twarz przez brudną szybę. Lubię ten kraj. Lubię tę szosy, łąki, pola. Od ostatniej wyprawy na północny kraniec Polski zacząłem doceniać urok tych dróg, wsi i miasteczek. Nawet już nie tych dużych miast, z wachlarzem zabytków i całym workiem dumy, ze swojej historii. Podczas ponad dwutygodniowej wyprawy z Leżajska, przez Mazury na Hel najbardziej doceniałem te małe wsie, gdzieś na końcu Polski. Ten autentyczny spokój, jaki w nich panuje, sprawia, że czas na chwilę zatrzymuje się, a moment kiedy patrzysz na zachodzące słońce siedząc gdzieś w szczerym polu przed swoim namiotem – zdaje się trwać nie minutę, a godzinę.
To była nasza pierwsza wyprawa rowerowa. Przynajmniej pierwsza dłuższa – przejechaliśmy wtedy ponad tysiąc sto kilometrów po polskiej ziemi. To był ten moment, kiedy zrozumiałem jak dużą wolność daje podróżowanie z sakwami. Zrozumiałem, nie nie potrzeba nic, oprócz tego co wieziesz ze sobą. Nocleg zawsze się znajdzie, czasem na polu namiotowym, czasem gdzieś na dziko nad jeziorem.
Po powrocie do domu, przez pierwszy tydzień miałem problem z odnalezieniem się w codzienności. Najpierw, wracając tęskniłem za domem, a zaraz po powrocie tęskniłem znowu do tych dróg. Do wszystkich tych zakrętów, za które nie zaglądnęliśmy.
Było jasne, że wyprawa na Hel była tylko początkiem przygody z rowerowym podróżowaniem.
Praktycznie od razu zaczęliśmy planować przyszłe wakacje. Jesienne wieczory spędzałem na wpatrywaniu się w mapę naszej starej Europy. Pierwszym pomysłem była prawdzia mekka polskich wczasowiczów – Chorwacja. Plan, mimo że początkowo mało oryginalny, spodobał się Krzyśkowi. Przerzucając kursorem wirtualną mapę, zaczęliśmy powoli zastanawiać się nad trasą, którą miałaby zaprowadzić nas nad Adriatyk. Ta wyprawa wtedy nie miała być jeszcze tak daleka. Z wstępnych wyliczeń okazało się, że południe Polski od chorwackiego morza dzieli lekko ponad tysiać kilometrów – czyli mniej więcej tyle ile wynosiła nasza poprzednia wyprawa. Trasa miała prowadzić najkrótszą drogą, czyli przez Słowacje i Węgry, później w Chorwacji przez Zagrzeb i na południe, prosto do wybrzeża.
Przy planowaniu trasy, budzi się we mnie podróżnik-marzyciel. Kursor przeciągający niebieską linię wyznaczającą droge, zawsze musi zalecieć dalej niż było to w założeniu. Niby zwykła ciekawość – ile kilometrów trzeba by nadłożyć, żeby zobaczyć jeszcze jeden kraj? A gdyby tak jeszcze ten jeden? Szybko zrozumiałem, że z krótkiej i bezpośredniej trasy nad Adriatyk nic nie wyjdzie. Bałkańskie kraje patrzyły na mnie z kolorowej mapy z niemałym wyrzutem, kusząc jednocześnie swoją różnorodnością. Bałkański kocioł wołał nas, a historia którą chciał nam opowiedzieć była zbyt interesująca, żeby odmówić.
Plany się zmieniły.

***

Z rozmyślań wyrywa mnie samochód wjeżdżający bezczelnie w strefę mojego prywatnego chaosu którą zorganizowałem sobie dookoła drewnianej ławki. Ze znudzeniem podnoszę głowę i dostrzegam Krzyśka wysiadającego z auta. Zaczynamy przenosić upychać do sakwy do środka bagażnika. Odkręcam drugie koło od granatowego Krossa i wkładam go na tył auta. Jedziemy prosto do serwisu odebrać drugi rower, a teraz przy okazji zorganizować jakąś oponę do mojego.

– Niestety nie znajdę takiej opony dzisiaj. Jakbyście poczekali do jutra, to może bym coś zorganizował. – słysząc taką odpowiedź, znowu staje mi przed oczami widmo przesunięcia się wyjazdu chociażby o pół dnia. – Póki co, mogę wam dać jakąś starą, zużytą oponę – taką “jednodniową”, rozumiecie. Spokojnie wykręcisz na niej sto, dwieście kilometrów, a gdzieś po drodze jutro kupisz sobie nowy komplet.
Nie ukrywam, że ta propozycja poprawia mi humor. Dziękujemy za pomoc i wracamy zapakować z powrotem rowery do bagażnika. Zaczyna się robić późno, a czeka nas dzisiaj mnóstwo pracy. Sakwy trzeba jeszcze raz przepakować – musimy podzielić się sprawiedliwie wspólnym ekwipunkiem. Namiot, narzędzia, apteczka, zapasowe części, palnik, kartusze i masę innych rzeczy, których przeznaczenie przemyśleliśmy wcześniej dokładnie.

Facet z serwisu życzy nam jeszcze udanej podróży. Samochód rusza i po trzydziestu minutach jesteśmy już w domu Krzyśka.